Bomber jacket

kurtka, bluza, spodnie: h&m (można się do mnie już zwracać per: manekinie), buty: reserved

Jak jest bardzo rano i swoją jeszcze senną tępotę biorę niesłusznie za rozkojarzenie, to właściwie tak stoję przed szafą i stoję. I patrzę i zakładam zawsze nie to, co trzeba. Moja kreatywność o szóstej rano ponosi śmierć, a ja dostaję brutalnie z liścia, kiedy godzinę później przeglądam się w pracy w lustrze i zastanawiam się, co autor miał na myśli. I doprawdy, sama nie wiem.

Nie myślcie sobie, że te ogromne dylematy, które dotykają mnie każdego poranka, to tak na serio. Histeryzuję sobie tutaj na wyrost, bo lepiej mi się tekst pisze, a że ostatnio trochę zrzędziłam, to dziś tak bardziej lifestylowo, o szmatach będzie! 
W związku z powyższym komisja do spraw uszczęśliwiania (czyt. ja) ustaliła, iż należy niezwłocznie dokonać zakupu ubrania, które godnie zastąpi wierną ramoneskę (spokojnie, nie przechodzi jeszcze na emeryturę), będzie pasować do wszystkiego, ba – sprawi, że nawet w trampkach i legginsach (i topie, żeby nie było), każdego poranka będę wyglądać hot. Zadanie zostało wykonane –  to jest, kurtka typu bomber, dawniej znana pod bardziej plebejską nazwą flyers, została zakupiona za kilka tysięcy baksów w domu mody h&m.  O spodniach w panterkę pisać już nie będę. Przecież z daleka widać, że są fajne.